Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 576 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Koszmarna droga do domu

czwartek, 10 maja 2012 15:16

Zaplanowaliśmy sobie wyjazd na sobotę 2 stycznia rano. Generalnie nie musieliśmy się spieszyć i wstawać o 5.00 lub 6.00 rano. Przecież to tylko 1200km, a więc licząc średnio 12h jazdy. No, góra 14h wliczając ewentualne korki i postoje. Spokojnie więc zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy wszystkie bagaże i koło 11.00 żegnani przez teściów wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Podczas pakowania nasz kombik sprawdził się wyśmienicie – weszło wszystko, co miało wejść i nic z bagaży lub innych rzeczy nie zalegało nam w środku samochodu. Cudownie.

Niemal przed samym wyjazdem zaczął padać śnieg, którego wcześniej prawie w ogóle nie było. Jak dla mnie nic nowego – kończy się urlop zaczyna się zima. Miałam tylko nadzieję, że u nas w Holandii śnieg dawno już stopniał i drogi były czarne i suche.

Niemal do samego Wrocławia jechało się idealnie. Od czasu do czasu padał wprawdzie śnieg z deszczem, ale nie były to opady tak intensywne, które mogłyby przeszkodzić nam w jeździe.

Postanowiłam, że nie pojedziemy więcej przez Olszynę, a skierujemy się na Jędrzychowice, gdzie też było dawniej przejście graniczne, ale droga była zdecydowanie lepsza, jak na „hitlerbanie” w Olszynie.

Mój mąż troszkę protestował, ale z racji tego, że był tylko pasażerem nie miał racji głosu i postawiłam na swoim.

Niestety, im bliżej przejścia, tym bardziej żałowałam swojej decyzji… Natknęliśmy się bowiem na korek. Kompletnie nie rozumiałam skąd się tam ten korek wziął? Przecież granice ostatecznie otwarto rok temu, więc z przejazdem nie powinno być problemu.

W dodatku nie dość, że krajobraz był typowo zimowy, z pięknie zasypanymi okolicznym polami to jeszcze zaczął dość intensywnie sypać śnieg….

Spędziliśmy w korku prawie godzinę. Im bliżej przejścia podjeżdżaliśmy tym wyraźniej widać było, skąd ów korek się wziął – otóż pomimo tego, że nie było barierek ani żadnej kontroli świetny kawałek dwupasmowej autostrady zwężał się do jednego pasa i dziwnie skręcał omijając dawne zabudowania kontroli granicznej. Do tego ograniczenie prędkości do 40km/h – nie rozumiałam tego. Przecież mieli cały rok, na „wyprostowanie” autostrady, by można było bez przeszkód przemieszczać się między krajami. Inne państwa mogą tak, a Polska oczywiście nie. Koszmar.

Niemcy przywitały nas zimową aurą – śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg. Widać było, że padało co najmniej od 24h. Śnieg na drodze nie był ani odśnieżony, ani rozjeżdżony przez samochody. Oczywiście dostało mi się od męża za wybór drogi. Na swoje usprawiedliwienie miałam tylko tyle, że żadne z nas nie wiedziało, jakie warunki panowały w Olszynie i to mnie uratowało przed awanturą.

Niemal przez całą drogę niemiecką A4 panowały fatalne warunki drogowe, które poprawiły się dopiero po zjeździe na A14 w stronę Lipska.

Tam o dziwo śniegu nie było prawie wcale. Okoliczne pola były lekko tylko białawe, za to droga była wprost idealna – sucha i czarna. Można było rozwinąć prędkość powyżej 100km/h.

Byliśmy przekonani, że dalsza droga odbywać się będzie już bez przeszkód. Niestety, jakieś 100km przed Magdeburgiem znów zaczął sypać obfity śnieg i droga z minuty na minutę zaczynała robić się biała i śliska. Gdy z autostrady A14 wjechaliśmy na A2 wydawało nam się, że trafiliśmy w sam środek epoki lodowcowej…

Śnieg był dosłownie wszędzie – padał z nieba, osiadał na samochodach, leżał na polach, parkingach i poboczach, zalegał na drodze, zalepiał szyby, wycieraczki i światła samochodowe….

Autostrada zrobiła się niebezpiecznie śliska. Posuwaliśmy się w korku w żółwim tempie. Byłam przerażona. Z minuty na minutę robiło się ciemniej. Samochód ślizgał się na swoim pasie, nie było możliwości wyprzedzania, ani możliwości ewentualnej ucieczki, przed ślizgającym się samochodem na sąsiednim pasie. Do tego te wieczne wzniesienia i zjazdy. Jadąc pod górkę miałam wrażenie, że nie dam rady, że samochód stoczy mi się w tył, a zjeżdżając z górki wszelkimi sposobami próbowałam utrzymać jednakową prędkość, bojąc się, że pognam w dół na złamanie karku. Próbowałam tez jak najmniej używać hamulca, bojąc się kraksy.

Co chwila byliśmy świadkami, jak kolejny samochód lądował w rowie. Gdzieś minęliśmy wypalony autokar na polskich numerach rejestracyjnych. Miałam dość.

Na dodatek mój „słodki” mąż prosił o postój niemal na każdym parkingu. Rozumiałam go, w końcu to nie jego wina, że przez cukrzycę dużo pił i często musiał korzystać z toalety, ale to ciągłe zjeżdżanie na parking i włączanie się do ruchu w takich warunkach to było ponad moje siły.

Denerwowały mnie też ciągłe smsy od moich rodziców – gdzie jesteście, jak droga, co się dzieje itp. Jak im napisać, że jadę niemal po lodowcu i to na letnich oponach? Że w każdej chwili mogę zakończyć swoją podróż w przydrożnej zaspie???

Pocieszałam się, że do granicy holenderskiej już niedaleko, ze tam na mur-beton będą czarne drogi, ze tam przecież zima trwa krótko i śnieg na pewno już stopniał, a w najgorszym wypadku drogi będą odśnieżone….

Jednak trzeba było najpierw przejechać tę A2. Mąż ciągle prosił o postój, dzieciom się dłużyło i w przerwach w spaniu zaczynały marudzić, pies chciał spacerować po samochodzie…. Byłam wykończona. Im bliżej holenderskiej granicy tym bardziej wydawało mi się, że tam nie dojadę.

Miasteczko Bad Oeynhausen, czyli miejsce gdzie kończy się autostrada… Cała trasa przebiega przez miasteczko, co kawałek sygnalizacja świetlna, trasa nadal zasypana, choć już nie taka śliska. Była gdzieś 2.00 czy 3.00 w nocy, gdy przejeżdżaliśmy przez to dziwne miasteczko, leżące niemal w środku autostrady.

Jeszcze trochę i będzie granica, a tam czarne drogi i normalna prędkość, czyli co najmniej 100km/h. To jedno trzymało mnie przy nadziei.

Nie chciałam szukać noclegu po nocy, chciałam już wreszcie znaleźć się we własnym łóżku, chciałam zamknąć oczy i odpocząć…

Niestety, nie dane mi było. Przynajmniej nie tak szybko.

Gdy zobaczyłam tablicę informująca o wjeździe na teren Holandii nowe siły we mnie wstąpiły.

Powiedziałam do męża:

- Kochanie, jeszcze ze dwie godzinki i będziemy w domu.

Ucieszyliśmy się wszyscy. Jeszcze jeden krótki postój, w ostateczności dwa i będziemy mogli wyciągnąć się wygodnie we własnej pościeli. Ach, co za szczęście!!

Wprawdzie droga nie była do końca odśnieżona, jednak śnieg był rozjeżdżony i można było w miarę szybko jechać. Byliśmy więc w doskonałych nastrojach.

Niestety, na wysokości Deventer spotkała nas niespodzianka….

Po raz kolejny trafiliśmy na korek spowodowany przez pługi śnieżne, jadące całą szerokością autostrady….

Z jednej strony cieszyliśmy się, bo wiedzieliśmy, że tu w NL przynajmniej coś robią, dbają o drogi i o bezpieczeństwo kierowców. Z drugiej - posuwaliśmy się z szybkością 40km/h przez kolejne dwie godziny, niemal na samym końcu tej parady, co doprowadzało nas do szału.

Byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły nawet się denerwować. Chciało mi się tylko płakać…………

Pługi ominęliśmy dopiero na wysokości Amersfoort, bo my skręcaliśmy w stronę Utrechtu, a one jechały na Amsterdam.

Gdy wreszcie zaparkowaliśmy przed naszym domem była prawie 8.00 rano…

Nie miałam już siły by się wypakować, ale musiałam przecież schować do zamrażarki przywiezione z Polski wędliny. Zrobiłam to niemal ostatkiem sił i poczłapałam do sypialni.

Dzieci podążyły za mną, każde do swojej sypialni. Stałam pod własnym domem, na własnym podjeździe, wokół mnie mieszkali sami znajomi, nie musiałam się więc martwić, że ktoś coś mi ukradnie z zaparkowanego samochodu.

Mąż wypakował jeszcze nasze kosmetyki i laptopa. Przespał się trochę w samochodzie, więc miał jeszcze siły by iść z psem na spacer. Potem dołączył do mnie i po 21 godzinach koszmarnej podróży wszyscy zasnęliśmy kamiennym snem.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331081798,trackback

Słodko-gorzkie opinie (4) | Co o tym myślisz?

Wątpliwy urlop...

wtorek, 08 maja 2012 14:12

Po podróży zostaliśmy na noc u moich rodziców. Po pierwsze chciałam już odpocząć od kierownicy, a po drugie mój brat miał właśnie urodziny i mogłam spokojnie napić się drinka ze wszystkimi.

Oczywiście zaszła konieczność wypakowania wszystkiego z samochodu, bo baliśmy się ze ktoś może w nocy włamać się do samochodu, a tego woleliśmy uniknąć.

Niestety, już ta pierwsza noc w Polsce okazała się koszmarna, z powodu małego metrażu mieszkania moich rodziców. Niby było gdzie spać, a jednak zawsze z tym był problem.

Mój mąż spał z moim bratem u niego w pokoju, ja z dwójką dzieci na rozkładanej trzyosobowej sofie i moi rodzice na tapczanie w dużym pokoju. Do tego niesamowite gorąco pomimo niemal całkowicie zakręconych kaloryferów…

Przeżyliśmy jakoś tę noc i następnego dnia po obiedzie pojechaliśmy do teściów.

Teściowa widząc swojego „wychudzonego” synka aż ręce załamała i natychmiast zaczęła wymieniać, czego to ona nie ma na święta i jak to sobie mój mąż u niej podje.

Na szczęście mój mąż w porę ją pohamował oznajmiając, że niestety ale on dużo jeść nie może, a pewne potrawy są dla niego wręcz zakazane. Byłam z niego dumna.

Wspólnie wyjaśniliśmy, o co chodzi, na co teściowa stwierdziła, że to rozumie i że on musi pilnować się sam. Bo o ile teść też ma cukrzycę, to bierze już zastrzyki z insuliny i jego dieta jest zupełnie inna.

Oczywiście zaraz zaczęło się porównywanie tabletek i wysokości poziomu cukru. Teściowie nie potrafili zrozumieć, że w Holandii są inne wartości na oznaczenie poziomu cukru, i że z takim poziomem, jaki mojemu mężowi wskazywał polski glukometr ten jeszcze nie leży w szpitalu na obserwacji.

Zanim na dobre wypakowaliśmy się w jednym pokoju u teściów przyszedł szwagier z żoną i dziećmi. Nie dali nam odpocząć, zaaklimatyzować się, rozpakować. Byłam zła, bo pokój w którym spaliśmy zawsze służył dzieciom za miejsce do zabaw i nie mogłam nawet wyjąć ubrań z walizek, nie mówiąc już o kosmetykach czy innych rzeczach (biżuteria, aparat, laptop). Zgrzytałam zębami, ale nic nie mogłam zrobić.

Noc też do najprzyjemniejszych nie należała, bo o ile nasze dzieci spały na specjalnie z NL przywiezionym podwójnym dmuchanym materacu rozłożonym w głównym pokoju, o tyle my z mężem spaliśmy w drugim pokoju na rozklekotanym tapczanie, z którego jedna część była wyżej a druga niżej. W dodatku ta wyższa część stanowiła oparcie i była strasznie twarda…

Kolejny dzień spędziliśmy na zakupach – real, Kaufland, Tesco. Lista zakupów była dość długa, bo okazało się, że teściowa planując Wigilię zaprosiła na nią również szwagra z rodziną.

Nie byłam zadowolona z wykorzystywania mnie jako zaopatrzeniowca. Chciałam odpocząć po podróży a przede wszystkim nie forsować nogi, a tu dodatkowe zakupy. Niestety musiałam zacisnąć zęby, choć nie omieszkałam pożalić się mężowi. Ten prosił mnie tylko o zrozumienie i wyrozumiałość.

Wiedziałam, że rodzina dużo dla niego znaczy i nie chciałam robić mu przykrości. Znosiłam więc wszystko w spokoju, widząc jednocześnie, że on też się męczy…

Na szczęście samo przygotowywanie Wigilii mnie ominęło, bo szwagierka przyszła od rana do pomocy.

Kolacja wigilijna minęła w miarę spokojnie. Po kolacji wypiliśmy kawę, obejrzeliśmy prezenty i krótko przed północą szwagier zabrał rodzinę do domu.

Odpoczynek był krótki – zaledwie do śniadania dnia następnego, bo na obiedzie znów mieliśmy spotkać się wszyscy. Na szczęście po obiedzie dzieci wybyły na spacer i można było troszkę odsapnąć. No i tego dnia nie siedzieliśmy już do późna, ale około godziny 20.00 szwagier z rodziną poszli do siebie.

Drugi dzień świąt przypadał w sobotę i spędziliśmy go z moimi rodzicami. Z racji tego, że naszą główna „kwaterą” było mieszkanie u teściów i tam spędzaliśmy najwięcej czasu to postanowiliśmy zostać u moich rodziców aż do poniedziałku.

U moich rodziców panowała względna cisza. Nie było dodatkowej czwórki dzieci ganiających po wszystkich pokojach i skaczących po łóżkach. Owszem, moje dzieci też potrafiły zaleźć nieźle za skórę, ale były bardziej dopilnowane. Zarówno my z mężem jak i dziadkowie zawsze staraliśmy się znaleźć im jakieś zajęcie – a to gra na komputerze, a to rysowanie, a to film czy wreszcie spacer po parku.

Jednak święta spędzone w gronie rodziny na dwóch pokojach potrafią być męczące. W swoim własnym domu możesz robić co chcesz – usiąść wygodnie z nogami na sofie, położyć się nawet, oglądać co chwila inny program w TV czy wreszcie wyjść do ogrodu albo pójść wcześniej spać.

Jak jesteś u kogoś musisz cierpieć – w telewizji zawsze ogląda się ulubiony program gospodarzy, karmią cię co chwila jakimiś smakołykami, a co gorsza jest się zmuszonym do dośc niewygodnego siedzenia przy stole…

W poświąteczny poniedziałek wieczorem wróciliśmy do teściów, a we wtorek znów pojechaliśmy na zakupy. Tym razem tylko my i teściowie, a dzieci zostały w domu. Powód wyjazdu był prosty – teściowie chcieli zrobić mi urodzinowy prezent i miałam sobie wybrać model telefonu. Oczywiście miał to być telefon na abonament, a umowę abonamentowa miała podpisać teściowa. Ja nie maiłam już stałego zameldowania w Polsce, no i żadnego zaświadczenia o zatrudnieniu. Wybrałam sobie model Sony Ericsson W595, model z walkmanem. Miałam nadzieję wgrać na niego kurs holenderskiego i uczyć się w czasie jazdy samochodem.

W środę teściowa urządzała swoje urodziny. Tak się składa, że obie urodziłyśmy się tego samego dnia. Z tego powodu zawsze czułam się troszkę pokrzywdzona, bo ona zawsze urządzała urodziny w tym samym dniu, kiedy one wypadały, a ja swoje zawsze musiałam przekładać. Na dodatek wszyscy goście składali życzenia urodzinowe zarówno jej jak i mnie, kwiaty też zawsze dostawałyśmy obie i ja czułam się dziwnie zobowiązana wobec tych wszystkich jej gości. Skoro składali mi życzenia i przynosili mi kwiaty to ja mimo tego że nie ja ich zapraszałam czułam się w obowiązku nie tylko dołożyć finansowo do imprezy, ale i odwdzięczyć się w ten sam sposób – przez złożenie życzeń i podarowanie kwiatów…

Na szczęście nikt nie wymagał ode mnie, bym chodziła do nich wszystkich na urodziny…

Sylwestrowy wieczór spędziliśmy z kolei u moich rodziców – kameralnie, przy telewizorze, obfitym jedzeniu, drinkach i szampanie.

O północy wraz z mężem i dziećmi wyszłam puszczać fajerwerki, ale niestety pogoda temu nie sprzyjała – deszcz i mgła sprawiały, że niemal nic nie było widać. Dzieci były rozczarowane, ale i tak z trudem udało nam się posłać je spać.

W nowy rok pożegnaliśmy się z moimi rodzicami i dość wcześnie wróciliśmy do teściów. Musieliśmy się spakować, bo planowaliśmy wyjazd na sobotę rano. Musieliśmy wyjechać właśnie tego dnia, bo w poniedziałek zaczynał się już normalny dzień pracy a my chcieliśmy jeszcze w niedziele odpocząć.

Szczególnie po tak wyczerpującym urlopie….

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331076472,trackback

Słodko-gorzkie opinie (1) | Co o tym myślisz?

Zima stulecia...

piątek, 30 marca 2012 22:33

Zaplanowaliśmy wyjazd na niedzielę 20 grudnia. W zasadzie mogliśmy jechać już w sobotę, ale mieliśmy do załatwienia jeszcze kilka spraw i dlatego zdecydowaliśmy się właśnie na niedzielę.

Tydzień wcześniej ubraliśmy choinkę i ogólnie udekorowaliśmy dom na świątecznie. Nie musieliśmy tego robić, ale chcieliśmy by jeszcze po powrocie z Polski w naszym domu czuło się świąteczny nastrój.

W piątek 18 grudnia mąż był jeszcze w pracy a dzieci w szkole. W sobotę zorganizowaliśmy wielkie pakowanie i sprzątanie, by wrócić do czystego domu. Musieliśmy jeszcze rozwiązać kwestię, co zrobić z naszym króliczkiem. Wziąć go ze sobą nie mogliśmy, bo po pierwsze nie miał ani chipa ani paszportu, a po drugie nie miał już miejscówki w naszym samochodzie. Trzeba go było komuś podrzuć na dwa tygodnie. Kaśka wyjeżdżała do Polski równo z nami, Bożena z Michałem też i mieliśmy niemały problem.

Mój mąż porozmawiał z naszą wspólną koleżanką z pracy i stanęło na tym, że ona się zaopiekuje naszym króliczkiem pod warunkiem, że jej go dostarczymy do Hagi. Do Hagi przecież nie daleko, wobec tego umówiliśmy się, że dostarczymy króliczka z klatką i pożywieniem w niedzielę rano. Wynikało to z faktu, że koleżanka w sobotę pracowała i trudno jej było określić, o której wróci z pracy do domu.

Wieczorem spakowane torby, kosmetyczki, prezenty i inne pakunki czekały już w salonie. Rano po powrocie z Hagi wszystko miało powędrować do bagażnika samochodu. Nie chcieliśmy, bowiem pakować samochodu na noc. Pozostawało tylko wziąć prysznic i położyć się spać.

Zanim jednak gdzieś około godziny 23.00 położylismy się spać zauważyłam, że zaczął padać śnieg. W zasadzie śnieg w grudniu to nic nadzwyczajnego, w końcu to okres zimowy. Kilka dni wcześniej też spadł śnieg i nie było w tym nic dziwnego, nawet jak na Holandię. Zanim jednak położyłam się spać, zauważyłam, że nie dość, że nie przestaje padać to pada wciąż i wciąż, coraz bardziej intensywnie.

Obudziłam się gdzieś koło godziny 7.00 rano i wyjrzałam przez okno, a tam...

Za oknem krajobraz był niemal arktyczny – wszędzie, gdzie okiem sięgnąć leżał biały, niemal nietknięty ludzką stopą śnieżny puch... Zaniemówiłam na chwilę, jednak pomyślałam, że przecież zaraz ruszą pługi śnieżne i piaskarki i zrobią z tym porządek.

Z racji tego, że już wcześniej byliśmy umówieni na nocleg u Eli, mojej koleżanki z czasów szkolnych wiedziałam, że nie musimy się spieszyć. Ela mieszkała w Niemczech, niemal dokładnie w połowie naszej trasy. Umówiłam się z nią na kawę, pogaduszki i nocleg.

Spokojnie zjedliśmy więc śniadanie i gdy ja przygotowywałam kanapki na drogę mój mąż odśnieżył samochód i podjazd.

Zostawiliśmy dzieci w domu i zabrawszy klatkę z króliczkiem i torbę z jedzeniem dla niego wyruszyliśmy do Hagi.

Spodziewaliśmy się, że pługi nie odśnieżą wszystkiego w 5 minut i że będą potrzebować trochę czasu na odgarniecie śniegu z bocznych i wiejskich dróg. Nie spodziewaliśmy się jednak tego, że główne drogi i autostrady będą niemal całkowicie nieprzejezdne, śliskie i szalenie niebezpieczne...

Droga do Hagi, którą normalnie pokonuje się w 45 minut zajęła nam 2 godziny. Prowadziłam samochód ze strachem, kurczowo trzymając ręce na kierownicy, a nogi w miarę daleko od pedału gazu i hamulca. Poruszaliśmy się żółwim tempem a na odcinku od naszego domu do domu koleżanki, czyli ponad 50km spotkaliśmy może ze cztery samochody i ani jednego pługa śnieżnego, nie wspominając już o piaskarce...

W pewnym momencie byłam niemal na 100% pewna, że wjadę w tył jadącego w dość dużej odległości ode mnie samochodu, który zaczął hamować. Udało mi się jednak skręcić kierownicą i nasz samochód niemal w ostatnim momencie wyminął hamujący samochód i stanął w poprzek pustej na szczęście drogi. Zarejestrowałam uśmiech uznania tamtego kierowcy i uniesiony do góry kciuk, co jednak nie dodało mi wiary w siebie jako kierowcy w tak trudnych warunkach. Za to mąż był pełen uznania i nie omieszkał mi o tym powiedzieć

W samej Hadze główne ulice były trochę odgarnięte, ale i tak zalegała na nich śliska pokrywa śnieżna. Na osiedlach odgarnięty śnieg tworzył korytarze, którego bokami były zasypane po dach zaparkowane samochody.

Oddaliśmy króliczka i ruszyliśmy w drogę powrotną. Samochodów na drogach zaczęło przybywać, co wcale nie polepszyło warunków jazdy.

 Mokry śnieg stawał się coraz bardziej rozjeżdżony, ale tworząc błotne koleiny wcale nie robił się bezpieczniejszy.

Podobało mi się jednak zdyscyplinowanie kierowców, którzy powoli jechali gęsiego na dwóch w miarę wyjeżdżonych pasach.

Zdarzali się jednak tacy, którym się spieszyło i znacznie przyspieszając wyprzedzali sznureczek aut szusując po trzecim, zasypanym pasie. Byli też i tacy, co zapominali o śliskiej nawierzchni i zniesieni w lewo szorowali bokiem samochodu po barierkach rozdzielających pasy autostrady biegnące w przeciwnych kierunkach.

My na szczęście po kolejnych dwóch godzinach dotarliśmy cali do domu i zaczęliśmy się pakować na drogę. Gdy jeszcze byliśmy w Hadze zadzwoniła do nas Kaśka. Powiedziała, że oni wyjechali już o 9.00 rano i że jeszcze nie dotarli do granicy, bo wszędzie jednakowo zasypane, ślisko i korki. Postanowiliśmy odczekać i spokojnie, bez nerwów spakować wszystko do samochodu. Pomyślałam, że kiedyś te pługi muszą w końcu ruszyć i im później wyjedziemy, tym lepsze warunki będą na odśnieżonych już drogach.

Zadzwoniliśmy jeszcze do Bożeny i Michała, którzy też mieli wyjechać w niedzielę. Mieli, ale nie wyjechali. Michał ledwo odśnieżył samochód próbował dostać się do najbliższej stacji benzynowej. Niestety, nie dojechał do stacji, bo droga była sparaliżowana przez kilkanaście samochodów. Postanowili przeczekać aż do wieczora.

Przed godziną 15.00 wszystko ładnie było już spakowane w bagażniku samochodu, który okazał się nader pojemny, jak na kombi przystało. Zarządziłam więc wyjazd.

Tyle, że lepiej powiedzieć, niż zrobić. Obładowany samochód ani myślał jechać po śliskim podjeździe... Już wcześniej ustawiłam się przodem do ulicy. Liczyłam więc, że przedni napęd ułatwi mi wyjazd po udeptanym śniegu i że łatwo wydostanę się na ulicę. Nic bardziej mylnego...

Na szczęście z pomocą przyszedł nam sąsiad, podkładając kawałki kartonu pod wszystkie cztery koła. Dzięki tym kartonom udało mi się ruszyć samochód z miejsca a mąż i sąsiad pomogli wytoczyć go na ulicę.

Wiedziałam już jakie warunki panują na ulicach, więc nawet nie próbowałam szybko jechać.

Byłam jednak pewna, że warunki na autostradzie będą dużo lepsze niż były rano...

Niestety myliłam się. Prędkość 50km/h to była jedyna prędkość, z jaką dało się w miarę bezpiecznie jechać. Na domiar złego na wysokości Utrechtu utknęła olbrzymia ciężarówka. Utknęła, to mało powiedziane. Z racji niewielkiego wzniesienia drogi ciężarówka posuwała się w tył zamiast w przód blokując dwa pasy ruchu.

Gdy udało nam się ją wyminąć pocieszaliśmy się, że do granicy z Niemcami mamy niedaleko i że tam będzie już tylko lepiej.

Utwierdzała mnie w tym Ela, wysyłająca sms-y, że u nich wszystkie drogi są czarne.

Niestety, po przekroczeniu granicy niemal nic się nie zmieniło. Niemieckie drogi wyglądały jak domino – jedne 50 km białe, następne 50 km czarne. I znowu 50 km białe a następnie kolejne 50 km czarne. Dodatkowym utrudnieniem stał się padający mokry śnieg.

Do Eli dotarliśmy niemal o północy. Na szczęście czekała na nas z gorącym rosołem i herbatą z cytryną. Niestety, pogaduszki musieliśmy odłożyć na później. Mąż Eli już spał, bo wcześnie rano wstawał do pracy. Ja też byłam wykończona, więc po szybkim prysznicu padłam na łóżko przekonana, że niemal natychmiast zasnę. Jednak sen nie nadchodził, a pod zamkniętym powiekami przesuwały się obrazy z drogi i ciągle padał śnieg.....

Pomimo zmęczenia sen długo nie nadchodził. Właściwie nie powinnam się dziwić – zbyt dużo wrażeń, obcy dom, inne łóżko.

Rano byłam trochę niewyspana, ale noc spędzona w łóżku a nie za kierownicą samochodu dużo mi dała. Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Niemal natychmiast dzwoniliśmy do Bożeny i Michała, by zapytać czy w ogóle wyjechali.

Tak, wyjechali o 4.00 rano i aktualnie dzieliła nas odległość jakichś 100km, z tym, że oni stali w korku, bo na oblodzonej jezdni przewróciła się ciężarówka blokując wszystkie pasy autostrady w stronę Polski.

Na szczęście korek był za nami, od strony Holandii i nie musieliśmy się martwić, że tez w nim utkniemy. Mogliśmy dużo spokojniej jechać dalszą drogą. W ciągu dnia i bez padającego śniegu dużo lepiej się jechało. Coraz więcej odcinków autostrady było „czarnych” i miejscami można było jechać ponad 100km/h.

Zmęczenie coraz bardziej jednak dawało się we znaki i dlatego wolałam jechać wolniej, ale bezpieczniej.

Polska przywitała nas brudnym śniegiem zalegającym na poboczach i parkingach, a im bliżej domu tym mniej tego śniegu leżało. Gdy szczęśliwi dotarliśmy wreszcie do domu moich rodziców po śniegu nie było już śladu, a po holenderskiej zimie stulecia zostało nam kilka nakręconych kamerą „reportarzy” odpowiednio komentowanych przez mojego męża.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330982400,trackback

Słodko-gorzkie opinie (8) | Co o tym myślisz?

czwartek, 17 maja 2012

Odwiedziło mnie:  32 068 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Dziś imieniny.

trwa inicjalizacja, prosze czekac...Gry online

Kim jestem

Jestem szczęśliwą mężatką z dwójką dzieci. Od 2007 roku mieszkam w Holandii. Jestem uparta i konsekwentna.
Mam własne zdanie i poglądy. Uważam że jak się tylko chce to można wszystko. Jestem tego najlepszym przykładem.

O czym piszę

Moje życie w Holandii - wspomnienia pierwszych dni, przezwyciężanie problemów, dzień dzisiejszy

Zostaw swój ślad

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 19.03.2012 9:31:29
  • autor: Partycja
  • treść: Witam, odpisa³a...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziło mnie: 32068
(wersja testowa)
Napisałam postów
  • liczba: 146
Galerie
  • liczba zdjęć: 97
Swój ślad zostawiło: 30
Piszę od: 592 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to