Słodko-gorzka Holandia

Mandaty, Boże Narodzenie i Sylwester AD 2010

Nie było mnie ty dawno więc dla przypomnienia wkleję odnośnik. W TYM  poście pisałam jak to niemal z dnia na dzień zostałam pozbawiona zasiłku chorobowego.

Aż do tego momentu radziliśmy sobie nieźle. Pensja męża i część zasiłku przeznaczaliśmy an opłaty (czynsz, prąd, gaz, ubezpieczenie zdrowotne, ubezpieczenie samochodu, podatek drogowy), a reszta zasiłku plus moje codzienne wynagrodzenia ze sprzątań pozwalały nam w miarę normalnie żyć. Po odebraniu mi zasiłku wszystko zaczęło się sypać.

Mąż dostawał tygodniówki, a z racji tego że nie miał stałej ilości godzin w tygodniu to wysokość tygodniowej pensji była różna. 

Zaczęło brakować na opłaty. Na dodatek doszły koszty benzyny, bo nie dość, że musiałam podwozić męża do miejsca z którego zabierał go Mariusz, to jeszcze raz w tygodniu musiałam wozić go na kurs i z tego kursu odbierać. A gdy Mariusz pojechał na zasłużone dwutygodniowe wakacje to nie ma zmiłuj – codziennie musiałam męża do tej pracy zawozić i z niej odbierać. Remonty dróg i objazdy na rejonach też robiły swoje, ale nie było wyjścia....

Żyłam w ciągłym biegu – mąż do pracy, poczta do samochodu, dzieci do szkoły, rejon, dzieci ze szkoły, rejon, mąż z pracy, czasem znowu rejon, obiad, segregowanie poczty, zakupy..........wszystko szybko, żeby zdążyć.

W efekcie tej bieganiny pewnego pięknego dnia w swojej skrzynce pocztowej znalazłam aż 4 mandaty, wszystkie z jednego tygodnia, niemal dzień za dniem.

Po dwóch dniach powtórka – kolejne 4.

Złapałam się za głowę – 8 mandatów w ciągu miesiąca, wszystkie z okresu kiedy Mariusz był na urlopie i nie mógł zabierać mojego męża. Wszystkie z jednego radaru....O jeżu kolczasty!!!!

No tak, na drodze z Woerden do Bodegraven jest miejsce gdzie jest ograniczenie prędkości do 50km/h...

Pomyślałam, że nie jest tak źle, bo mandaty mają dość długi okres płatności, ale i tak nie miałam pojęcia skąd mam na te mandaty wziąć. Oczywiście byłam zarejestrowana jako bezrobotna, ale mijały tygodnie a UWV milczał...

Odezwali się tydzień przed Bożym Narodzeniem. Oczywiście usłyszałam, że zasiłek mi się nie należy, bo mam zaświadczenie od lekarza, że noga nie jest do końca sprawna. Mam się zgłosić do oddziału wypłacającego chorobowe...

Wściekłam się. To UWV z Leiden twierdzi, że skoro noga jest sprawna w 50% to zasiłek mi nie jest potrzebny i mam sobie szukać pracy, a UWV Utrecht twierdzi, że skoro noga jest w 50% niesprawna to mam iść na chorobowe.... Kołomyja.

Grzecznie ale dosadnie, na tyle na ile pozwalał mi mój łamany angielski plus holenderski wytłumaczyłam miłej pani w słuchawce, że zostałam bez środków do życia, bo nie należy mi się ani chorobowe, ani zasiłek i chyba pójdę z rodziną pod most i żebrać. Dodałam że czuję się dyskryminowana i że takie przypadki jak mój powinny być rozpatrywane indywidualnie...

Poskutkowało połowicznie – w styczniu dostałam zasiłek za 3 miesiące wstecz, ale na tym się niestety skończyło.

Świąt nie mielibyśmy w ogóle, gdyby nie nasza stara znajoma – Boguśka, która pożyczyła nam 200€. Strasznie długo jej to potem oddawałam, ale przynajmniej mieliśmy w miarę tradycyjne Boże Narodzenie.

W dodatku na rynku w Woerden udało m i się kupić „małego” karpia. Małego w cudzysłowie, bo to maleństwo ważyło 2,5 kg...

Cieszyłam się jak dziecko. Nie przeszkadzały mi nawet łuski, które bardzo ciężko było oskrobać. No ale czego się nie robi dla żołądka, podniebienia i tradycji...

Zanim zabrałam się za skrobanie rybki zadzwoniła moja mama. Oczywiście pochwaliłam się zdobyczą. A jakże.

Mama życzyła mi sukcesu w skrobaniu łusek i powiedziała, że mam uważać z nożem i ośćmi bo rana po rybie strasznie długo się goi...

Uporałam się z karpiem w miarę szybko jak na moje możliwości. Nie zapomniałam przy okazji przejechać sobie nożem po paluchu i oczywiście jak wykrakała wcześniej mama – goiło się niezmiernie długo...

Karp był zaplanowany do galarety i do smażenia. Oprócz karpia nie mogło zabraknąć barszczu (niestety z torebki), zupy grzybowej (ze zbieranych po kryjomu grzybów), pierogów (z polskiego sklepu), śledzi w śmietanie, ryby w occie, makówek i obowiązkowo kompotu z suszonych owoców. Do tego oczywiście gniecione ziemniaki, kapusta z grzybami i wino....

Tradycja przede wszystkim. Opłatek posłała teściowa wraz z kartką świąteczną.

Prezentów... niestety brak, jeśli nie liczyć słodyczy.

Święta tradycyjnie przed TV, w pierwszy dzień tylko byliśmy w Rotterdamie na polskiej mszy.

Sylwester zapowiadał się równie spokojnie. Mieliśmy bigosik, galaretę z kurczaka, jakąś tam sałatkę i oczywiście słodkie i słone przekąski.

I jeszcze mieliśmy katar i bolące gardło.... To znaczy ja miałam.

Przez skuty lodem rejon w Harmelen przeziębiłam się i swoje urodziny spędziłam na sofie pod kocykiem ze szklanką mleka z miodem i aspiryną. W tym kontekście Sylwester zapowiadał się równie szampańsko...

Ale w Sylwestra, gdzieś koło 15.00 zadzwoniła Bożena z zaproszeniem na imprezę do nich. Mieli być sami i serdecznie nas zapraszali.

Odmówiłam, ale jednocześnie zaprosiłam ich do nas. Powiedziałam że też siedzimy sami, ale ja jestem chora i nie dam rady prowadzić samochodu. Długo prosić nie musiałam. O 19.00 stawili się w komplecie, czyli w ilości sztuk dwóch – Bożena i Michał.

Przywieźli swoje wiktuały, swoje % i chęć do zabawy. Próbowaliśmy nawet tańczyć, ale ja z moją gorączką i bolącą noga niezbyt się do tego nadawałam.

O północy wystrzeliły korki szampanów. Złożyliśmy sobie noworoczne życzenia a potem niemal cała wieś tradycyjnie wyległa przed domy na strzelanie fajerwerków.

Ja zostałam w domu, patrzyłam przez okno w rozświetlone kolorami tęczy niebo... Towarzystwo wróciło do domu po... godzinie wlokąc za sobą ogon w postaci trójki naszych starych znajomych z pracy w Schiutema C1000 – Jans, Cynthia i Kees. Cała trójka witała się ze mną jakby nie widzieli mnie z 10 lat...

Po kolejnej godzinie holenderscy goście wężykiem (efekt uboczny spożycia polskiej wódki) wyszli do domu, a nasza ekipa powędrowała grzecznie spać...

Rano sprzątaliśmy pobojowisko wspominając udaną zabawę. 

 

PS.: Mam wiele komentarzy i maili odnośnie namiarów na polskiego księgowego w Uithorn. Oto jego strona internetowa: http://www.veeken-adm.nl/pl/

Tam znajdziecie wszelkie informacje oraz dane teleadresowe.

Pozdrawiam