Słodko-gorzka Holandia

Grozette

W Creyf’s dostałam do podpisu umowę o pracę. Praca była Grozette, firmie która zajmowała się „przerabianiem” i pakowaniem różnego rodzaju sera.

Zaproponowali całkiem dobre warunki – praca od 6.00 do 14.00 lub od 14.00 do 22.00. Stawka godzinowa wprawdzie minimalna, ale za to wszystkie dodatki godzinowe no i wolne weekendy.

Pamiętam, że była to środa, a ja miałam stawić się do Grozette następnego dnia o 5.45 rano.

Do domu wróciłam bardzo podekscytowana, ale i odrobinę wystraszona. Nie lubię pierwszego dnia w pracy, szczególnie że nie byłam pewna swoich umiejętności językowych.

Przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do Kaśki. W końcu ona kiedyś dość długo tam pracowała. Niestety Kaśka niezbyt chciała ze mną rozmawiać. Spławiła mnie kilkoma zdawkowymi tekstami, więc nic się nie dowiedziałam. Byłam na nią o to zła, ale nic nie mogłam poradzić. Musiałam czekać do rana…

Pobudka o 5.00 rano była brutalna. Chciałam spać, spać, spać, ale budzik dzwonił niemiłosiernie. W dodatku za oknem jeszcze ciemno, ale trzeba wstać, ubrać się, zjeść śniadanie….

Z tym zjedzeniem śniadania to nie tak całkiem do końca, bo o tak wczesnej porze żaden posiłek nie chciał przejść mi przez gardło. Wypiłam tylko kawę i zrobiłam sobie kanapki do pracy.

Do Grozette miałam niedaleko. W dodatku o tak wczesnej porze na drogach nie było zbyt wielu pojazdów, a na prawie wszystkich skrzyżowaniach paliło się zielone światło.

Pod drzwiami firmy okazało się, że do środka nie można wejść sobie od tak, prosto z ulicy. Drzwi były zamknięte, a z boku znajdował się domofon z kilkoma odpowiednio opisanymi guziczkami. Nad domofonem znajdowała się tabliczka z informacją, żeby zadzwonić i czekać na zgłoszenie.

Nazwy przy guziczkach niewiele mi mówiły, ale gdzieś zadzwonić musiałam. Postawiłam na nazwę „INPACK” czyli dział pakowania.

Po dłuższej chwili ktoś się odezwał. Powiedziałam, że jestem z biura pracy i szukam team-leadera – i tu podałam z kartki imię i nazwisko. Powiedziano mi, żebym poczekała.

Po chwili zjawił się jakiś mężczyzna. Przedstawił się i okazało się, że to Piet, czyli ten do którego miałam się zgłosić.

Piet zaprowadził mnie najpierw do szatni. Niestety nie dostałam tam żadnej szafki. Powiedział, że na wieszakach mogę zostawić swoją kurtkę, ale torbę mam wziąć do gory, na kantynę. Wręczył mi też biały jakby flizelinowy fartuch oraz niebieski czepek.

Gdy już się w to wszystko zapakowałam zaprowadził mnie na kantynę.

Tam pokazał mi półkę, a której wszyscy pracownicy zostawiali swoje torby. Była tam też lodówka, automat do kawy/herbaty, automat do „zupek z kubka”, toster i automat na zimne napoje. Za te ostatnie trzeba było płacić. Kawa/herbata oraz zupki były gratis.

Piet zapytał mnie jeszcze czy palę, bo dla palących było przeznaczone osobne pomieszczenie. Zaprzeczyłam.

Piet pokazał mi jeszcze gdzie są toalety i poszliśmy na główną salę. Tam już czekało kilka osób też z biura pracy. Każdego z nas Piet posłał w odpowiednie miejsce do pracy.

Ja byłam kompletnie nowa, nie znałam zakładu, nie wiedziałam gdzie iść i co robić. Musiał mnie więc osobiście zaprowadzić tam gdzie miałam pracować.

W ten pierwszy dzień pracy trafiłam do małego pomieszczenia, gdzie wraz z kilkoma innymi osobami rozcinaliśmy torebeczki z serem, ser wsypywaliśmy większych worków, a te worki wkładaliśmy bo wielkiego baku. Pod koniec dnia ten bak został wywieziony w nieznanie mi jeszcze wtedy miejsce.

Gdy pytałam czemu to rozcinamy poinformowano mnie, że ser został omyłkowo zapakowany w nieodpowiednie woreczki. Musiałam to przyjąć na wiarę.

Razem ze mną pracowała jeszcze jedna bardzo wesoła dziewczyna Nadja, która tez była z biura pracy, oraz Hassan, który pracował tam na kontrakcie. Oboje pochodzili z krajów arabskich.

Nadzorował nas Hans – starszy holender, który wiecznie sobie podśpiewywał, pogwizdywał i w ogóle był bardzo wesoły.

Z taką ekipą można było pracować ;)

Zaczęliśmy punktualnie o 6.00, a już dwie godziny później była 15 minutowa przerwa.

Kolejna przerwa, tym razem półgodzinna „obiadowa” była o 10.00, a ostatnia znów 15 minutowa o 12.00.

Człowiek jeszcze nie zdążył się zmęczyć, a już szedł na pauzę :D

Tuż przed godziną 14.00 zaczęliśmy sprzątać nasze miejsce pracy. Czas było iść do domu. Zapytałam Pieta co dalej, czy mam przyjść następnego dnia. Odpowiedział mi, że mam się w tej sprawie kontaktować z biurem pracy. Życzył mi miłego dnia i mogłam wracać do domu.

Najpierw jednak pojechałam do biura zapytać co dalej. Oczywiście na wstępnie wypytani mnie czy mi się dobrze pracowało, czy jestem zadowolona. Potem mi powiedzieli, ze w piątki to tam nikt z biura pracy nie pracuje, a jeśli już to baaardzo okazjonalnie i że mam czekać na telefon.

Telefon zadzwonił w poniedziałek.

Miałam iść do pracy we wtorek na 6.00, a potem jeszcze we środę i w czwartek też na 6.00. Piątek znowu wolny i znowu czekanie na telefon…

To było głównym minusem tej pracy, bo nigdy nie wiedziałam z wyprzedzeniem kiedy pójdę do pracy.

Plusem natomiast, i to dużym był fakt, że pracownicy biura pracy nigdy nie kazali isc do pracy. Zawsze pytali czy mogę pracować tego a tego dnia na tą, a tą godzinę. Nigdy nie było tam słowa MUSISZ, zawsze było CZY MOŻESZ.

Mnie to było bardzo na rękę, bo miałam jeszcze jakieś tam sprzątania no i pocztę z Sandd. Mogłam więc zawsze powiedzieć, że sorry ale dziś/jutro nie mogę.

Na szczęście to był czas wakacji i w niektórych tygodniach wypadały mi całkowicie poszczególne sprzątania

Ja sama też miałam zaplanowanie wakacje, ale dopiero w sierpniu.